Gazeta Polska

Z Muzeum IV RP
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
FacebookTwitterWykop
Gazeta Wolska

Charakterystyka

"Gazeta Polska" - Polska gazeta, którą sam Nasz Umiłowany Przywódca, Nowy Zbawiciel Wolski, niezłomny i charyzmatyczny, przypadkowo niedointernowany, Cudownie Ocalony Prezes-Premier-prawie Prezydent Jarosław (węg.: Jarosláth) Chwilowo-Odmieniony-Kaczyński nazwał "kawałkiem niepodległości w dzisiejszej Polsce" (03.01.2011) [1]

Tadeusz Rydzyk, Antoni Macierewicz i inni Wielcy Wolacy twierdzą, że prasę w Wolsce można podzielić na polską i polskojęzyczną.

Do niedawna "Gazeta Polska" - (w odróżnieniu od "Gazety Wyborczej", która jest typową gazetą polskojęzyczną) - zaliczana była jednoznacznie do wąskiej (na razie) grupy gazet typowo polskich. Niestety jej dorobek w tym zakresie stanął pod olbrzymim znakiem zapytania, gdy - na podstawie nic nieznaczących świstków - rozpętała ona z inspiracji określonych sił, wydumaną aferę rzekomej współpracy z SB arcybiskupa Stanisława Wielgusa.

O tym, że zasłużony ten tytuł prasowy dał się nieświadomie wykorzystać instrumentalnie przez wrogów narodu i inne siły jako ogniwo żydo-masońsko-liberalno-postkomunistycznego-lewicowego spisku, świadczą następujące porażające dowody:

Pomimo to "Gazeta Polska" w dalszym ciągu stanowi najbardziej wiarygodne (obok Kaczorynki) źródło informacji dla wszystkich Wolaków, będąc wzorem dziennikarskiej rzetelności w przekazywaniu obiektywnej prawdy o otaczającej nas rzeczywistości i wyrażaniu jej jakże charakterystycznym dla IV RP językiem.

Jako dowód może posłużyć przykładowy artykuł, opublikowany w "Gazecie Polskiej" z dnia 14.08.2007 [2]

Próbka błyskotliwej publicystyki - "IV RP kontra Rywinland"

Pod dwóch latach rządów PiS wiemy o postkomunizmie więcej. Unicestwienie części posowieckich struktur zła w rodzaju WSI to jedno. Drugie to zmuszenie reszty z nich do ujawnienia się. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, uczelniane sitwy, wielkie media, ośrodki badania opinii i inne postkomunistyczne lobby zaszkodziły PiS, ale jednocześnie zaszkodziły sobie – musiały pójść na otwartą konfrontację i pokazać swą skrywaną dotychczas naturę.

Rząd Jana Olszewskiego nie rządził nawet pół roku. Obecne rządy PiS potrwają, jak wiele wskazuje, niecałe dwa lata. Liczba raf, które w tym czasie udało się ominąć atakowanym ze wszystkich stron rządom Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, jest zaskakująco duża. Według planów przeciwników PiS nie miał prawa przetrwać ani odmowy koalicji ze strony PO, ani taśm Beger. Nie ulega wątpliwości, że mocno krytykowany Jarosław Kaczyński okazał się pierwszym politykiem prawicy, który połączył ideowość w walce z postkomunizmem z umiejętnością gry parlamentarnej. Dotychczas prawica miała bowiem polityków albo ideowych, albo skutecznych. Skuteczność tę zmierzyć można zrealizowanymi zmianami i faktem, że PiS zachował szansę na zwycięstwo w kolejnych wyborach. Jakie nauki płyną z tych dwóch lat?

Kłamstwo Kaczmarka

W czasie ostatniego kryzysu rządzącej koalicji mało zauważona została w mediach odkryta przez "Rzeczpospolitą" informacja, że kariera byłego szefa MSW Janusza Kaczmarka w rządzie stworzonym przez PiS była możliwa dzięki kłamstwu, jakiego się dopuścił, wypełniając w kwietniu 2001 r. ankietę personalną. Napisał w niej, że w latach 1987–1989 był kandydatem na członka PZPR. Tymczasem z ankiety, jaką wypełniał w styczniu 1989 r., wynika, że był nie tylko członkiem partii, ale i lektorem Komitetu Miejskiego PZPR w Gdyni. W życiorysie tym Kaczmarek podał też informację o wiele istotniejszą: że odbył szkolenie w Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych w Łodzi.

Sprawa Kaczmarka dowiodła bodaj najdobitniej, że w polityce prawica stosować powinna odwrotność hasła Aleksandra Kwaśniewskiego "Wybierzmy przyszłość". Przeszłość polityków to jedyna wiedza, jaką o nich mamy. A gdy celem prawicowej władzy są faktyczne zmianydemontaż postkomunizmu, możemy być pewni, że przeszłość osób wyznaczonych do sprawowania władzy przez prawicę da o sobie wcześniej czy później znać. Postkomunizm demontować mogą tylko ludzie o twardym charakterze. Wszystko wskazuje na to, że liderzy PiS faktycznie nie znali całej przeszłości Janusza Kaczmarka. Nie zmienia to faktu, że wbrew temu, co zarzuca się powszechnie braciom Kaczyńskim, postawili oni w tym przypadku na profesjonalizm byłego prokuratora, nie zważając na jego koniunkturalizm czy brak kręgosłupa.

PiS zrobił błąd wybaczając Kaczmarkowi, że po odejściu ze stanowiska Lecha Kaczyńskiego, ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, zgodził się pozostawać wiceministrem u postaci tak koszmarnej, jak wywodzący się z wachowszczyzny Stanisław Iwanicki. Nie postawiono sobie również pytania, dlaczego ów koszmarny minister zgodził się, by jego zastępcą był Kaczmarek. Niesłusznie zapomniano też Kaczmarkowi działalność w równie koszmarnym BBWR Wałęsy.

Innych polityków PiS przeszłość doganiała w sposób mniej drastyczny, ale jednak również odczuwalny. Premier Kazimierz Marcinkiewicz, były wiceminister edukacji w rządzie Hanny Suchockiej, mimo sukcesów, zarówno wizerunkowych, jak i faktycznych, nie był psychicznie zdolny do bycia fighterem zmian i Jarosław Kaczyński musiał go w tej roli zmienić.

Układ odsłania twarz

"Wielu z nas sądziło, że po 1989 roku, choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie nie stworzyli języka prawdy" – mówił niegdyś na łamach "Tygodnika Solidarność" Zbigniew Herbert. Ponieważ rządy PiS to najbardziej zaawansowana próba demontażu postkomunizmu, mieliśmy okazję najlepiej poznać broniący go obóz, zasięg jego wpływów i siłę oporu, a więc do języka prawdy się przybliżyć. Afery Rywina i Orlenu odsłoniły mechanizmy działania oligarchii biznesowej i bonzów SLD. Tym, którzy chcą myśleć, ataki na PiS może jeszcze bardziej dobitnie od komisji śledczych pokazały bezczelność, tupet i obłudę pozostałych składników postkomunistycznej układanki.

Jeszcze dwa lata temu także wielu zwolennikom PiS nie mieściło się w głowie, że sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mogą wydawać jawnie bezprawne wyroki. Po orzeczeniach dotyczących lustracji czy korporacji prawniczych nikt myślący nie może mieć co do tego wątpliwości. Dwa lata temu wielu z nas mogło mieć złudzenia co do pluralizmu składu osobowego ciał rządzących polskimi uczelniami wyższymi. Po ich protestach w sprawie lustracji już tych złudzeń nie mamy. Zapewne nie wszyscy z nas dwa lata temu zgodziliby się nazwać największe media elektroniczne zdyscyplinowaną machiną obrońców postkomunizmu. Po taśmach Beger każdy winien mieć w tej sprawie jasność. Trochę ponad dwa lata temu niektórzy mieli złudzenia, że w Polsce ośrodki badania opinii publicznej służą założonemu w ich nazwie celowi, a nie propagandzie. "Pomyłki" sondażowni musiały wyprowadzić ich z błędu. Ci, co mieli dotąd wątpliwości, przekonali się, że postkomunista pozostanie postkomunistą, bo jego przywiązanie do uprzywilejowanej pozycji wynika przeważnie z dziesięcioleci tradycji rodzinnych, mentalności przenoszonej z pokolenia na pokolenie, jest w nim zakorzenione. Z takich ludzibez nadmiernego uogólnianiaskładają się wspomniane gremia. Prawo czy prawda w tym systemie wartości po prostu nie istnieje.

Ujawniona prawda, nawet jeśli większość nie przyjmie jej na razie do wiadomości, z czasem zaowocuje. To że postkomunistyczne lobby zostały zmuszone do ujawnienia się, wystąpienia z otwartą przyłbicą, ma znaczenie. Tym bardziej że niektóre z wymienionych instrumentów obrony postkomunizmu skuteczne mogły być tylko wtedy, kiedy działały z ukrycia.

Wbrew mediom

Pesymistom co do siły prawdy warto przypomnieć, że kampania wyborcza z 2005 r. pokazała, że pogardzane przez postkomunistów społeczeństwo potrafi czasem zdecydować wbrew mediom. A postawa większości mediów, ich głównego nurtu w czasie rządów PiS, to pasmo ich kompromitacji. Po prostu nie sposób już nie dostrzec, że gdyby Donald Tusk potrącił staruszkę na pasach, a Jarosław Kaczyński przeszedł na czerwonym świetle, w polskich mediach głównym newsem byłoby narażenie obywateli na utratę życia przez Kaczyńskiego.

Powie ktoś, że za rządów PiS pojawiło się nieco więcej wolności w mediach. Trochę prawdy przeczytać można było w gazetach tak różnych, jak "Rzeczpospolita", "Dziennik", "Wprost", czy "Fakt". Media publiczne, wbrew temu co twierdzi strona przeciwna, nie stały się propisowskie, ale zaczęły dopuszczać komentatorów spoza głównego nurtu. Jak to możliwe, że mimo to przewaga stron postkomunistycznej w mediach pozostała miażdżąca? Rzecz w tym, że media będące po stronie układu działały jak zdyscyplinowana armia, silna na tyle, by narzucać, jaki temat w mediach jest najważniejszy, z czego "robimy aferę". Ale wygrywały także coś innego – wspomnianą walkę o język. Decydowały, używanie jakiego języka jest wyrazem obiektywizmu, a jakiego objawem stronniczości. Da się to opisać na przykładzie poszczególnych słów. Za stronniczego uznawany był z definicji dziennikarz uznający za fakt obiektywny istnienie układu, nazywający SLD postkomunistami, używający określenia wykształciuch wobec półinteligenta, a nie inteligenta, czyli zgodnie z jego sołżenicynowskim rodowodem itp. Mimo, że mówił prawdę.

Nie ukrywam, że mocno drażnił mnie mentorski ton, jakim na posunięcia Jarosława Kaczyńskiego reagowali niektórzy niemichnikowi publicyści, np. Cezary Michalski czy Jan Wróbel. Mielibyście do takiego tonu prawo, panowie, gdybyście wygrali wojnę o język z Lisem czy z "GW". Skoro nie wygraliście, ba, gorzej, w znacznym stopniu daliście sobie tamten język narzucić, to znaczy, że nie potrafiliście wygrać na swoim terenie nawet tyle, ile Kaczyński ze swoimi nie zawsze estetycznymi współpracownikami wygrał na gruncie polityki.

Wykształciuchy, czyli selekcja negatywna

Dość charakterystyczne wydaje się, że PiS miał kłopoty z dotarciem ze swoją argumentacją do osób z wyższym wykształceniem (prof. Bogusław Dopart słusznie zwracał u nas uwagę na ahistoryczność nazywania ich inteligencją). Stefan Kisielewski podkreślał niegdyś, że patrzenie na PRL poprzez przypominanie dat kolejnych wspaniałych zrywów i protestów to błąd, ponieważ były to epizody, zaś codzienność stanowiła nuda, szarość i zmienianie się człowieka w owada.

W jeszcze większym stopniu nietrafnym okazało się patrzenie na polską inteligencję poprzez pryzmat KOR, ROPCiO czy solidarnościowych i kościelnych inteligentów. Rządy PiS dowiodły jak nigdy, że w instytucjach opiniotwórczych tej warstwy dominuje produkt codzienności PRL, półwiecza negatywnej selekcji – utrącania karier niepokornych, a lansowania donosicieli i karierowiczowskich miernot. To one dominują dziś w życiu uniwersyteckim i nikt myślący nie może już mieć co do tego wątpliwości. Zresztą może przesadzam z tym nadmiernym wpływem instytucji inteligenckich na wykształciucha? Może nie mniejszy wpływ na p.o. inteligencji co uchwały rad wydziałów prawa wywierały czasopisma "Viva" i "Gala", tok szoł w TVN oraz opinia aktorki z ulubionego serialu?

Kłopoty z przystawkami

Swoją negatywną rolę odegrały też kłopotliwe sojusze z przystawkami oraz ojcem Rydzykiem. Kłopot to nie nowy; ilekroć do władzy dojdzie prawica, na jej obrzeżach pojawiają się politycy opowiadający jak ostatnio zastępczyni Giertycha o zakażonej krwi młodzieży na Woodstocku, zwalczający Gombrowicza z Witkacym oraz teletubisia Tinky Winky czy podejrzewający PiS o niechęć do walki z aborcją. Rzecz jasna, ich wypowiedzi natychmiast zostaną podchwycone i dodatkowo skarykaturyzowane przez media, a negatywne skutki uderzą nie w samych je głoszących, lecz w całą prawicę. Skutki są łatwe do przewidzenia – napędzenie przeciwnikom wyborców niezdecydowanych, którzy zagłosują na nich jako mniejsze zło wobec prawicowych wariatów.

Paradoksalnie, zwolennicy ojca Rydzyka w najbardziej skrajnym wydaniu (stanowiący mniejszość spośród słuchaczy Radia Maryja) są elektoratem nie tylko zdyscyplinowanym, lecz i wpływającym dyscyplinująco na elektorat przeciwnyniechętny prawicy, który karnie idzie głosować przeciwko niej (tak było w wielkich miastach podczas ostatnich wyborów samorządowych).

Atakowani za dotrzymanie obietnic

Mimo kłopotów PiS, inaczej niż AWS, nie stał się u władzy "umiarkowany", nie uczynił swym priorytetem pozyskanie wrogiego elektoratu, lecz skupił się na realizacji tego, co obiecywał. Władza PiS była pierwszą, która rzadko atakowana była za niedotrzymanie słowa, a często za... realizację tego, co zapowiadała. Realizację podejmowaną ze zmienną skutecznością. Bo niektóre ze skamielin, jak dyplomacja, zmieniły się w sposób niewielki.

Zapewne pojawią się teraz głosy, że rządy PiS to ostatnia próba rozliczenia z komunizmem, bo przecież od 1989 r. minęło 18 lat. Podobnie mówiono, gdy rozliczeń tych zaniechał Lech Wałęsa, gdy uniemożliwiono je rządowi Olszewskiego, gdy przegrywał szczątkowo realizujący te plany AWS.

To opinie tych, którzy nie rozumieją faktu, że postkomunizm to realnie istniejący patologiczny, oligarchiczny system. Niewypalony gorącym żelazem sam z siebie nie zniknie. Rządy PiS posunęły ten proces znacząco do przodu. Jesienne wybory pokażą, czy Polacy stworzą szansę na jego dokończenie.

Piotr Lisiewicz"

Zamach oligarchy na "Gazetę" i jej redaktora naczelnego

12.05.2009, na portalu niezalezna.pl, redaktor naczelny "Gazety Polskiej" opisał - zmyśloną jak twierdzi wydawca - próbę odwołania go ze stanowiska przez prezesa "Niezależnego Wydawnictwa Polskiego". - Nie wiem, czy redagowany przez mnie numer "GP" nie będzie moim ostatnim - napisał Tomasz Sakiewicz.

Rzekome powody zamachu

Według niego, Tomasz Sakiewicz - razem ze swoim teściem - założyli spółkę Reytan, przez którą przechodziły honoraria dla pracowników "GP". Miernicki powiedział, że uwierzył Sakiewiczowi i stracił panowanie nad finansami wydawnictwa.

O jakie dokładnie kwoty chodzi jeszcze nie wiadomo. Według Miernickiego, tylko za styczeń i luty przez spółkę "Reytan" przeszło około dwustu tysięcy złotych. Prezes spółki nie wie kto dokładnie dostał te pieniądze.

Z decyzją o podjęciu kroków prawnych w tej sprawie Miernicki czeka do walnego zgromadzenia akcjonariuszy spółki.

Bezprzykładne poświęcenie Tomasza Sakiewicza et consortes: Pracujemy bez pieniędzy!

Wersja prezesa: "Gazeta Polska" praktycznie|nie istnieje. Mamy 501 złotych na koncie

Według wydawcy tygodnika, sytuacja finansowa "Gazety Polskiej" jest katastrofalna. Na koncie jest 501 złotych. Spółka jest winna sto tysięcy złotych drukarni. Straty za ubiegły rok wynoszą co najmniej 325 tysięcy złotych. Miernicki dodaje, że za kilkanaście procesów sądowych, do których doprowadziła polityka redakcyjna Sakiewicza, spółka może zapłacić nawet dwa miliony.

Wersja Sakiewicza: Murem za mną zespół i kluby "Gazety Polskiej"

W swoim artykule naczelny "Gazety Polskiej" napisał, że - gdy był za granicą - jego zastępczyni Katarzyna Hejke dostała informację od prezesa Miernickiego, że ma natychmiast przejąć obowiązki naczelnego. Powiedział jej, że postanowił odwołać Sakiewicza ze stanowiska. Hejke odmówiła - relacjonuje obecny redaktor naczelny - a cały zespół miał zapewnić go o poparciu.

Ogromna kampania szkalowania

Według Sakiewicza, prezes Miernicki zrezygnował na razie z odwołania go, ale "rozpoczął ogromną kampanię szkalowania go, stawiając coraz bardziej absurdalne zarzuty". Dodał, że zjazd klubów "Gazety Polskiej" "jednogłośnie uchwalił poparcie dla obecnego kierownictwa redakcji".

Według Miernickiego, prezes klubów "Gazety Polskiej" Ryszard Kapuściński był jedną z osób, które dostawały pieniądze przez spółkę "Reytan". Zdaniem Miernickiego, bezprawnie.

O co poszło? O Kaczyńskiego?

Czy o władzę nad spółką?

W swoim artykule naczelny "Gazety Polskiej" sugeruje jednak, że prawdziwe powody kłótni to jego zamiar powrotu do zarządu spółki wydającej tygodnik.

Wokół "Gazety Polskiej" przez cztery lata trwał spór dotyczący własności spółki. Jak pisze Sakiewicz, Janusz Miernicki przez cztery lata był jedynym członkiem zarządu, który mógł pozostać wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego. Wiadomość o kandydowaniu Sakiewicza do zarządu spółki miała prezesa "zdenerwować".

Miernicki miał, jak obiektywnie relacjonuje Sakiewicz:

Ostatni numer?

21 maja odbędzie walne zgromadzenie akcjonariuszy spółki i kończy się kadencja Miernickiego. Prezes wydawnictwa i naczelny nie mają wątpliwości: ich przeciwnik nie nadaje się na swoje stanowisko.

Kolejna awantura wokół "GP"

To kolejna w ostatnich dniach awantura wokół "Gazety Polskiej". Kilka dni temu był skandal teczkowo - obyczajowy. Profesor Krzysztof Hejke, były dyrektor artystyczny "Gazety Polskiej" i mąż Katarzyny Hejke, zastępczyni naczelnego oskarżył prezesa IPN, że uwiódł mu żonę.

Janusz Kurtyka miał posłużyć się do tego celu teczkami IPN, które miał udostępnić pani Hejke. Według prof. Hejke, to z tego źródła pochodziły informacje "Gazety Polskiej" o kontaktach arcybiskupa Wielgusa z SB.

Po informacjach prof. Hejke prokuratura wszczęła śledztwo, czy doszło do bezprawnego wykorzystania tajemnicy państwowej przez prezesa IPN.

Ogłoszeniodawcy są przez reżim brutalnie prześladowani

Ale są jeszcze na świecie nieustraszeni prawdziwi patrioci, którzy nie wymiękają!

Mutacja "Gazeta Polska Codziennie" w kampanii wyborczej 2011

Patrz też

Linki zewnętrzne